Kiedy rano Mały Książę kończył czyszczenie ostatniego wulkanu, do którego uprzednio wrzucił wykarczowane

nasz facet zaczął znacznie wcześniej, niż podejrzewaliśmy.
Upadła obok noża, którym poprzednio próbował zadźgać ją jeden z
- Idę za Nate'em - powiedziała.
właśnie coś zaczęło się poprawiać.
- W takim razie zaraz weźmiesz prysznic - zaordynowała Stacey, jak
RS
Dziwne.
rewolwer.
sobie coś takiego? - zdumiała się.
239
Shark Valley. Zawiadomiłem cię, żebyś nie pomyślał,
Tak bardzo mnie kocha. Nie zniechęca go nawet
niepewny siebie, łaził za Dużym Jimem jak szczeniak i z całych sił starał
Larry'ego. - Dzięki - dodał pod adresem tego

wszystkie żebra. Clark miał kilkudniowy zarost, nie z powodu mody, lecz dlatego, że przestał się golić. Ciemna czupryna przerzedziła się nieco, czyniąc czoło i brwi bardziej wyrazistymi, niż pamiętała. Miał zaczerwienione oczy, a w jego oddechu wyczula chyba alkohol. Puścił jej rękę i cofnął się, jakby nagle uświadomił sobie, jak złe mógł zrobić na niej wrażenie. - Chyba nie powinienem być zaskoczony twoją wizytą - powiedział. - Przyjechałaś na pogrzeb Danny'ego? - Tak. Wczoraj rano. Zdążyłam na nabożeństwo. Właśnie wyjeżdżam. - Przykro mi, że nie pojawiłem się na pogrzebie. Po prostu, wiesz... - machnął ręką w stronę domu, jakby to wyjaśniało niemożność uczestniczenia w uroczystości. - W porządku, rozumiem. Rozmowa się urwała. Sayre nie potrafiła spojrzeć Clarkowi w oczy. Onieśmielenie było typową reakcją przy spotkaniu z dawną miłością, po latach niewidzenia. Tym razem były jednak znacznie poważniejsze powody, które sprawiały, że oboje czuli się w swojej obecności bardzo niezręcznie. - Co teraz porabiasz? - spytała wreszcie, nadając głosowi odcień sztucznej wesołości. - Pracuję w odlewni. Sayre sapnęła z niedowierzaniem. - Odlewni Huffa? Clark zaśmiał się krótko. - To jedyna odlewnia, jaką tutaj mamy. - Jako kto? Wzruszył ramionami. - Ładuję piece. Na nocną zmianę. W pierwszej chwili pomyślała, że padła ofiarą głupiego żartu, ale gdy spojrzała w jego podkrążone, zapadnięte oczy, zobaczyła w nich czarny, niezgłębiony smutek i rezygnację. Jej ojcu udało się zniszczyć życie tego mężczyzny tak bardzo, że równie dobrze mógł go zastrzelić na samym początku, tak jak się kiedyś odgrażał. - Przynajmniej jakoś zarabiam na życie - rzucił Clark, uśmiechając się z wysiłkiem. - Chcesz wstąpić na kawę? Opuściła głowę, żeby nie zobaczył jej konsternacji. - Nie, muszę zdążyć na samolot. Mimo wszystko dziękuję. - Była pewna, że nie spodziewał się, iż przyjmie zaproszenie. Powiedział to bez przekonania, wyłącznie z uprzejmości. Po kolejnej przedłużającej się niezręcznej chwili milczenia, spytał łagodnie: - Czy jesteś szczęśliwa w Kalifornii, Sayre? - Skąd wiesz, gdzie mieszkam? - Daj spokój. Wiesz przecież, jak tutaj jest. Poczta pantoflowa. Pracujesz jako architekt, prawda? - Dekoratorka wnętrz. - Pewnie jesteś dobra w tym, co robisz. Masz... masz rodzinę? Potrząsnęła głową. - Moje małżeństwa nie trwały zbyt długo. - Ja jestem żonaty, już drugi raz. - Nie wiedziałam. - Czworo dzieci, trójka jej, jedno wspólne. Chłopak. - To cudownie, Clark. Cieszę się z twojego powodu. Pokiwał głową, wsunął dłonie do tylnych kieszeni spodni i spojrzał na swoje bose stopy. - Tak. W końcu wszyscy robimy wszystko, co w naszej mocy. Rozgrywamy karty, które rozdało

Po spotkaniu ze starym Henrym, który wzbudził
ciężkim świecznikiem.
- Na wszelki wypadek postarałam się zostawić dowody, że nie żyję.

Patrzyła, jak wsiada do samochodu. Włączył

- Pewnie Danny nie chciał jej o tym mówić. Liczył na to, że zaaprobujemy ich związek. Beck, mój brat przeszedł pranie mózgu. Zaczął się za nas modlić. Uwierzysz w to? Padł na kolana przed fotelem Huffa i zaczął na głos prosić Boga o nasze zbawienie. Przez dobre dziesięć minut nadawał, jak to powinniśmy zmyć z siebie grzechy i nieprawość. Myślałem, że Huff dostanie zawału. Serce Becka rozpoczęło szaloną galopadę. - Danny chciał powiedzieć księdzu, co stało się z Iversonem, prawda? - spytał. - Słucham? - To była przeszkoda, przyczyna psychicznej udręki Danny'ego. Nie mógł poślubić kobiety, którą kochał, dopóki nie oczyścił swojego sumienia i nie wyspowiadał się ze swego grzechu przeciwko Gene'owi Iversonowi. Tyle tylko, że nie mógł tego zrobić bez wskazania palcem na ciebie i Huffa. Danny wiedział, że Huff zabił Iversona i... - Huff nie zrobił niczego takiego - Chris wstał i nalał sobie kolejną whisky. - Jak tak dalej pójdzie, zdążę się upić przed lunchem, chociaż, jakie to ma znaczenie - wskazał na rząd okien. - Dziś i tak nie pracujemy. Usiadł i spojrzał na Becka, który wpatrywał się w niego bez słowa. Chris uśmiechnął się lekko. - Nie możesz się doczekać, żeby to usłyszeć, prawda? W porządku, powiem ci. To był wy-pa-dek - ostatnie słowo wymówił, podkreślając sylaby. - Ty? Chris wzruszył ramionami. - Tamtej nocy wyszedłem z zebrania za Iversonem. Starłem się z nim na parkingu pracowniczym. Wziąłem ze sobą młotek, żeby bardziej go postraszyć. Miał trzymać gębę na kłódkę i nie robić problemów ze związkami zawodowymi. Idiota natarł na mnie jak byk, zmuszając do obrony. Chciałem się tylko bronić. Nie pamiętam, żebym uderzył go tak mocno, ale następną rzeczą, jaką zobaczyłem, był zakrwawiony młotek w mojej dłoni i dziura w jego głowie, wielkości półdolarówki. Cholera!, pomyślałem. Cholera jasna! Spanikowałem. Pobiegłem z powrotem do fabryki i sprowadziłem Huffa. Bałem się, że tymczasem ktoś natknie się na Iversona, ale akurat zaczęła się nowa zmiana, więc nikogo nie było na parkingu. Huff spokojnie ocenił sytuację. Uwierzył mi, że to była samoobrona. Powiedział, że nie potrzebujemy dochodzenia w tej sprawie. Najprostszym rozwiązaniem będzie ukryć ciało. Iverson powinien zniknąć. Bardzo mądra decyzja. Gdyby prokurator okręgowy zobaczył dziurę w jego czaszce, mógłby się upierać przy oskarżeniu. W każdym razie Huff powiedział mi, gdzie mam pochować ciało i jak to zrobić. Kazał Danny'emu, by mi pomógł, a przez ten czas razem z Rudym Harperem usunęli wszystkie ślady z parkingu i zadbali o samochód Iversona. Wiesz, teraz przyszło mi do głowy, że nigdy nie spytałem, co z nim zrobili. Hmm. - Gdzie go pochowałeś? - Jesteś moim prawnikiem, Beck - roześmiał się Chris. - Nie możesz wyjawić tego, co ci powiem. Ale jednak nie czuję się na tyle komfortowo, aby zwierzyć się z niektórych rzeczy. - Spojrzał na Becka z mieszaniną rozbawienia i rozdrażnienia. - Przestań tak na mnie patrzeć. Wcale nie chciałem go zabić, ale tak się złożyło i nic już nie mogło tego zmienić. Ja musiałem żyć dalej. Oczywiście, był jeszcze ten proces; bolesna rzecz, ale dobrze się skończyła. - Nigdy się nie obawiałeś, że poniesiesz odpowiedzialność, prawda, Chris? To po tym, jak przekonałeś się, że Huffowi udało się wywinąć od kary za zabicie Hallsera. - Hallsera? - Chris zmarszczył brwi, usiłując przypomnieć sobie, o kim mowa. - Byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Ledwo to pamiętam. - Kłamiesz, Chris. Byłeś tam, widziałeś, co się stało i wywarło to na tobie ogromne wrażenie.
Pod jej okiem interesy kwitły. Sayre spłaciła dług w ciągu trzech lat, o połowę wcześniej, niż przewidywała. Tego jednak nie powiedziała Huffowi, uznając, że jej sprawy finansowe nie powinny go interesować. - Zatem zajmujesz się teraz wieszaniem zasłon w czyichś oknach. Co za zmiana. - Celowo umniejszał znaczenie jej zawodu, ale nie zareagowała na zaczepkę. - Kocham swoją pracę. Mogłabym to robić za darmo. Na szczęście okazała się zajęciem równie lukratywnym, co przyjemnym. - Zarobiłaś już na tym interesie kilkakrotnie więcej, niż był wart. - Potrząsnął kostkami lodu w szklance. - Widzę, że te twoje małżeństwa nie były aż tak okropne, jak się zdawało, czyż nie? Gdybym nie nalegał na umowy przedmałżeńskie, nie byłabyś w stanie zapłacić temu fagasowi i pracować w zawodzie, który tak kochasz. Nim przemówiła, musiała rozluźnić zaciśnięte szczęki. - Zasłużyłam sobie na te pieniądze, Huff. - Jasne, są gorsze sposoby zarabiania - wtrącił się Chris, wchodząc do pokoju. - Robienie kariery na rozwodach z bogatymi facetami ma swoje zalety. - Usiadł na kanapie naprzeciw Sayre i uśmiechnął się do niej. - Całkiem niezły sposób na życie. Chciała natychmiast wstać i wybiec z pokoju, ale wiedziała, że to by jedynie rozbawiło Chrisa. Sprawienie mu tej satysfakcji byłoby gorsze niż znoszenie jego złośliwego uśmieszku. - Jesteś jak zwykle nieznośny, Chris, ale masz rację co do zalet rozwodu z bogatymi mężczyznami. Twoja była żona zapewne również się z tym zgadza. Przestał się uśmiechać, ale odparł gładko: - Jesteś źle poinformowana, Sayre. Mary Beth nie chce rozwodu. Sayre wyszła z założenia, że nieobecność żony Chrisa na rodzinnej uroczystości oznacza, iż burzliwe małżeństwo jej brata wreszcie dobiegło końca. - Dlaczego jej tu nie ma? - Mieszka teraz w Meksyku, w domu z widokiem na błękitny Pacyfik. Pojechaliśmy tam kiedyś na wakacje i pewnego popołudnia wypiłem o jedną margaritę za dużo. Mary Beth ma niezwykły talent do wykorzystywania sytuacji. Następnego poranka obudziłem się jako skacowany właściciel domu. Wszystko zgodnie z jej planem. Najpierw zdobyła rezydencję ze służbą, a potem oświadczyła, że żąda separacji. Na zawsze - dodał, zerkając na Huffa. Sayre nie znała swojej szwagierki, ponieważ Chris ożenił się po jej wyjeździe. Uznała jednak, że żona starszego brata prawdopodobnie tysiąckrotnie zasłużyła sobie na ten dom ze służbą na wybrzeżu Pacyfiku po tym, jak była zmuszona znosić Chrisa. Wątpiła, aby wstąpienie w związek małżeński ukróciło jego liczne romanse. Podczas gdy Chris wyjaśniał status swojego małżeństwa, Huff siedział w fotelu, paląc papierosa. Nie był spokojny, raczej rozdrażniony. Sayre zauważyła, że ściskał szklankę tak mocno, aż pobielały mu kłykcie. Wyraźnie był niezadowolony ze stanu cywilnego Chrisa. Nagłe Sayre zrozumiała powód tej irytacji. - Nie macie dzieci, prawda? Huff szarpnął głową niczym sowa, przenosząc wzrok z Chrisa na nią. - Jeszcze nie, ale to nie koniec - powiedział. Napięty wyraz twarzy Chrisa zmienił się w uśmiech, gdy spojrzał nad jej ramieniem. - Wejdź, Beck. - Nie chciałbym przeszkadzać - odezwał się od progu Merchant. Sayre nawet nie spojrzała w stronę drzwi. - Ależ proszę. Z radością powitam taką przeszkodę - rzekł Chris. - Jak dotąd nie udało się nam
Spojrzała na niego takim wzrokiem, jakby postradał rozum.

oznajmiła z dumą. - Zgadzam się, że w naszym pensjonacie opłaty za

stwa, ale ja nie. Nie muszę być psychologiem, żeby stwier¬dzić poważne zahamowania w jego rozwoju. Nie mogę mu zaoferować korony ani przekazać władzy, ale dostanie ode
Przez całą kolację pragnął jej do szaleństwa. Gorzej. Pragnął jej przez cały dzień. A może to zaczęło się już dużo wcześniej? Może w samolocie? A może jeszcze w dalekiej Australii?
wyczuwała układy panujące w jej domu, ale brakowało jej wiedzy i dystansu, by je zrozumieć. Gdy dorosła, zdała sobie sprawę, jak krzywdzące były owe domowe stosunki dla Danny'ego, jak źle musiał się czuć, będąc nieważnym drugim synem, kimś, kogo ojciec wyraźnie lekceważył. Po śmierci Danny'ego nic się nie zmieniło. Chris był rozpieszczanym faworytem i przyszłym dziedzicem, który w oczach ojca nie mógłby zrobić nic złego. Sayre była cierniem, kimś, kto odrzucił Huffa, Danny zaś pozostał w pamięci jako posłuszne dziecko, które bez słowa sprzeciwu robiło to, co mu kazano. Ktoś, na kim można polegać, lecz kogo się nie poważa. Czy to świadomość, że jest „niewidzialny" skłoniła Danny'ego do samobójstwa? Jeżeli to było samobójstwo. Oderwała od jednej z gałązek więdnącą różę i przytknęła do warg. Po jej policzku spłynęła łza. To niesprawiedliwe, że najsłodszy i najlepszy człowiek z całej rodziny umarł tak młodo i tak gwałtowną śmiercią. W dodatku, jeżeli Wayne Scott ma rację, nie odszedł z tego świata na własne życzenie. - Pani Lynch? Sayre odwróciła się gwałtownie. Nieopodal stała młoda kobieta. - Nie chciałam pani przestraszyć - powiedziała przepraszająco. - Myślałam, że słyszała pani, jak nadchodzę. Sayre potrząsnęła głową. - Zamyśliłam się - odezwała się wreszcie, odzyskując mowę. - Nie będę przeszkadzać. Może wrócę nieco później. Chciałam tylko... chciałam się z nim pożegnać. Nieznajoma była w jej wieku, może parę lat młodsza. Ledwo powstrzymywała się od płaczu. Sayre przypomniała sobie, że widziała kobietę na nabożeństwie, ale nie miała okazji, aby ją poznać osobiście. - Jestem Sayre Lynch - wyciągnęła rękę w stronę młodej kobiety. - Wiem - odparła nieznajoma, ściskając jej dłoń. - Widziałam panią na stypie. Ktoś wskazał mi panią, ale już wcześniej oglądałam panią na zdjęciach. - Rodzinne fotografie w domu są stare. Zmieniłam się. - Tak, ale ma pani takie same włosy. Poza tym, Danny pokazał mi artykuł o pani, który ukazał się niedawno w gazecie. Był bardzo dumny z pani osiągnięć. - Roześmiała się dźwięcznie. Sayre była pod wrażeniem melodyjności jej głosu. - Kiedy powiedziałam, że jest pani niezwykle ele-gancka i olśniewająca, Danny odrzekł, że wygląd jest często zwodniczy, bo w rzeczywistości jest pani straszną psotnicą. Powiedział to z miłością. - Jak się pani nazywa? - Przepraszam. Jessica DeBlance. Jestem... byłam przyjaciółką Danny'ego. - Proszę. - Sayre wskazała ręką w kierunku betonowej ławeczki pod drzewem, tuż obok grobu. Podeszły do niej. Jessica miała na sobie płócienną sukienkę o ładnym kroju. Włosy opadały jasnymi falami na ramiona. Była drobna i bardzo ładna. Usiadły na ławce i przez chwilę, w niemym porozumieniu, obie wpatrywały się w nagrobek. Jessica otarła oczy chusteczką. Sayre instynktownie otoczyła ją ramieniem, wtedy Jessica rozpłakała się na dobre. Sayre chciała jej zadać tysiące pytań, ale powstrzymała się do czasu, aż Jessica przestała chlipać i wymamrotała niezgrabne przeprosiny. - Nie przepraszaj. Cieszę się, że mój młodszy brat miał kogoś, kto troszczył się o niego tak bardzo, aby rozpaczać po nim przy obcej osobie. Najwyraźniej byliście dobrymi przyjaciółmi. - Właściwie to mieliśmy się pobrać. - Jessica wyciągnęła lewą dłoń.